Kiedy skończą się królewskie amory, dorosłe samce ponownie łączą się w grupy. Spotkanie żubra w starym grądzie, pośród potężnych dębów, sosen i świerków, to zawsze niezwykłe przeżycie.
Zanim dostrzegłem pierwszego z czterech samców, poczułem charakterystyczną woń - zapach, który pamiętam jeszcze z dziecięcych wizyt w zoo, gdy po raz pierwszy widziałem słonie i wielbłądy. Teraz, kiedy idę lasem i nagle uderza mnie ten aromat, wyostrzam zmysły i ostrożnie stawiam każdy krok, z nadzieją na spotkanie czekoladowego kolosa.
Żubr, mimo swoich rozmiarów, potrafi zaskakująco dobrze zlewać się z otoczeniem, zwłaszcza gdy stoi nieruchomo. Powalone drzewa z wydartą karpą nieraz mnie zwiodły, udając ogromne cielsko króla puszczy. Tym razem jednak pomyłka była niemożliwa. Pierwszy samiec stał naprzeciw mnie, patrzył i czekał czy się zbliżę. Zatrzymałem się - to najlepszy sposób, by go nie spłoszyć.
Po chwili dostrzegłem pozostałych członków grupy, największy leżał schowany za rozłożystym dębem. Padał drobny deszcz, co tylko sprzyjało obserwacjom. Zmoczona sierść na jego głowie układała się w krótką grzywę, a z każdym wydechem z nozdrzy unosiła się delikatna mgiełka. Podglądając żubry w tej niezwykłej scenerii, znów czułem się jak mały chłopiec - szczęśliwy i pełen zachwytu.


