Wędrujemy wśród żółto-białych kobierców pszeńca oraz wzbogaconego fioletem pszeńca gajowego. W rozmnażaniu się tych kolorowych roślin dość intensywnie pomagają mrówki. Widać nie szkodzą im trujące właściwości tego półpasożyta, który innym roślinom podkrada wodę i sole mineralne. Nie bez znaczenia jest też miejsce, w którym jesteśmy - pszeńce upodobały sobie dąbrowy z dobrym nasłonecznieniem, a i my lubimy takie wędrówki, bo w wpadającym wśród drzew ostrym świetle zawsze coś ciekawego łatwiej jest wypatrzeć.

Światło okazało się dalszym przewodnikiem wskazując na jaskrawo żółty kolor, aż rażący na tle brązowego zmurszałego pnia. Wyglądem przypomina trochę piankę budowlaną, albo żółtko ugotowanego na twardo jajka. Owa pianka należy do pewnego śluzowca o tajemniczej nazwie „masło czarownicy”. Wyobraźcie sobie, że jego galaretowata substancja żywiąca się bakteriami porusza się z prędkością pół centymetra na godzinę. Niestety nie mamy aż tyle cierpliwości by obserwować jej ślamazarną wędrówkę, tym bardziej, że już kolejne atrakcje czyhają zaraz opodal.

Niemal udało nam się wejść w charakterystyczne brązowe kulki, które ewidentnie pozostawiła po sobie sarna. Ciekawe co ciekawego mogła tu odnaleźć, bo z pewnością nic jej po wciąż wszechobecnych pszeńcach. Zapewne więc zatrzymała się tylko na chwilę, w drodze po lepsze przysmaki.

Sierpniowe popołudnie wypełnia rzecz jasna brzęczenie leśnych owadów, aktywnych zwłaszcza na śródleśnych polanach. Nawłoć kanadyjska, którą tak bardzo zainteresowany jest pokaźny trzmiel, w Puszczy należy jednak do gatunków kłopotliwych, bo z łatwością wypełnia nie tylko polany i obrzeża lasów, ale również miejsca gdzie jeszcze nie tak dawno rosły potężne świerki.